surrealistyk blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2002

Zdjąłem siebie z półki
Mocno przymocowany do bycia normalnym,
Założyłem szaty domokrążcy wiecznie niespasionego własnym przykładem samozwańczej propagandy na receptę prawidłowej wiary w siebie
Wąchałem te diabelski zapach sumienia
Bez niczyjej winy
Stłuczony chorobliwym symptomem niewłaściwej drogi
W półmroku własnego cienia już nie miałem
Dość bestialski jak na anioła
Patrzyłem sobie w oczy
W promieniu uczuć byłem bezduszny
Chytry
Jednak on zdjął mnie z krzyża przekupnym instynktem
Straciłem źródło
Jak syn zniszczony grymasem pijanego ojca?
Byłem trzeźwy w nietrzeźwej roli, którą grałem
Bezpruderyjna maskotka moich skroni
Permanentny grzesznik stał sobie na czole
Wokół panował smród
Okupiony zawodnym brudem
Nie potrafiłem tego zwymiotować
W mgle powrotu nie miałem już siebie
Stracony wydmuszką swego mózgu
Skandalista własnych emocji
Płoną w purpurze
Skażony
Zgaszony
Sobą…

jesienne oblicze

1 komentarz

Jak znikomy punkt na twej mapie,…ja tkwię…
Pośród niedopowiedzeń, pośród nabrzmiałej krytyki
Czuję przygniatającą pustkę
Jakiś brak
Jak echo, które gubi się w tunelu nieporozumień
Jak ktoś zupełnie mały
Weryfikuję
Smażę to na patelni moich horyzontów
Bez jakichkolwiek wątpliwości
Na cokolwiek
Jak szlak, który od samego początku był najtrudniejszy
A teraz stał się niedostępny
W całej gamie porównań
Wierzyłem na coś nowego
Czy się pomyliłem, ja władca siebie
Czy zbyt pochopnie ulegam sobie
Czy wywróciłem szlaban swej wrażliwości?
To i tak w tym tak ulotnym kredensie
Nie wróży dobrych śniadań
Gdzie więcej czerstwych bułek niźli pożerania siebie
W kokpicie zamkniętym przez własne serce
Lewituję
Przyćmiony blaskiem tego co miało być fundamentem świątyni
Gdzie jedność przekraczała obojętność
Gdzie powolnym ruchem syczało pragnienie
Gdzie łazienki błyszczały od wzruszeń
Teraz w własnej ciszy szybuję
Niepewny
Niepewnym
Gdzie ekspresja to secesyjna firanka klęski uczuć nad przerostem samego siebie
W tumulcie nieznajomej obietnicy na lepsze czasy
Wypalam na swej głowie tatuaże
Które wypełniają mojej głębi ołtarze
Zamykam
Się
Niedowierzając, że ciepło tak szybko może się ulotnić poprzez przeznaczenie
Gdzie byle co ma znaczenie
Gdzie prawda na afiszach nie bluzga
Gdzie zwykła przeciętność mruga wczorajszym żarem
W dymie nie mieszczę swych obrazów
Wygnany na samozbawienie
Otaczam się łańcuchem
Ściskam
Tulę normalnością przemoczonych powiek
Każdy gest wiary…

Wszędzie już był, wydawało mu się,…w tych tak krótkich odciskach jego własnego człowieczeństwa, chciał być nieskazitelny…na pierwszy rzut oka…jako posąg marmurowy…przewrotny w swym myśleniu…przewracał się na swej głowie nieodpowiednio uczesanej własnym sumieniem…strzępki jakiejkolwiek recepty na szczęśliwe życie wychodziły porannym kałem…tak już od 1976 roku…po pewnej ciszy nad własnym rozumem, pośród tabunów imitacji przyjaźni ciągnął swą karawanę dalej poprzez te pustkowia czasu i momentów cudownej jaskrawości świadomości…że warto, że niby po co? a jak? , no właśnie…kierował się tym pretensjonalnym wyrazem, choć ta satyryczna wypowiedź przypominała o bezmyślności… w prowincjonalnym kredensie wychowany…na paradę swej egocentrycznej roli wybierał cuchnącą głupotę od soboty do niedzieli…miażdżył swą wątrobę, przykurczem skroni….oddawanym przezornie dla dodania nie tylko sobie bezpieczeństwa…oddawał się nieszczerości…piekielnie…
Budował niezrozumiałe korytarze…nie wstawiał drzwi…oni pukali…nie wiedząc o ich nieistnieniu…nie otwierał oczu, zawstydzonym tym miernym wskaźnikiem istnienia do którego przykuwał się sam…tak mało zaborczy o siebie…a jednak w pewnym stopniu narcystyczny…kolosalnie zmienny…jak połamany patyk tym niezrozumieniem dlaczego natura stwarza upadki…wstawał połamany…nie poddany…wierzył, wierzy…
Wśród magicznej intuicji był kolosalnym latarnikiem…choć mogło mu się to wydawać…
Nie rozumieli go….nawet połamanego…chował swe odłamki do muszli swych marzeń, na jutro, na potem…na dziś…jak donkiszot samemu sobie wierny…
Nie mógł być wielki…
Jak smuga przewiewny…w piwnicach swej egzystencji był królem…
Rządzi do dziś…do teraz
Kto go obali…kto wyzwie ,kto opluje słoikiem oszczerstw do jego życia,Do wygrania serce jego królestwa…
Kto odkryje jego tajemnice doszczętnie? Kto?
indywidualności…porysowanych szyb otwartej dłoni, w której on sam się broni, w obrazach drobiazgów…tolerancji słuszności
Od wskazówek przyzwoitości do arcydzieł niedostępnej filozofii
Od oaz przyjemności do dymów rzeczywistości
Jak masło po rynnie lub pralka która w złocie płynie
Na krętej drodze bycia…niewykorzystania potencjału ego
W codziennym rytmie bez przekucia ust kolczykiem normalności
Siedzi…
Amoralny, adorator egoistycznej parasolki przypadku…
Przypadkowym stukotem klawiatury…
Kraina iluzji tchnie

między…

2 komentarzy

wstawiłem siebie do 3 rano w skondensowanej formie do lustra
patrzyłem, niedowierzałem,byłem nawet zazdrosny
ledwo po 6 stej zwymiotowałem
dostałem telefon:nicponiu za karłem stoi wsparcie!
wskoczyłem na kredens między okruchy własnej wiedzy…

Pytali o władzę , pewni daleko za stołem
Oddani podnietom , sprinterzy uczuć , zmienianych często po kolacji
Wymięte krzyże ,zawleczki odpowiedniej prawdy
Brzuch epicentrum spostrzegawczej wyobraźni boli
Głowa odrzucona dalej bardzo daleko sama
Nie chcę rządów cudzych pieszczot
Klamka musi zapaść gdyż cierpienie wzmaga
Oczy klaszczą zazdrośnie , skośnym prętem powleczone
Okazałe śpią na deszczu
Baza nie błądzi strudzona atakami
Cokolwiek śpiewasz marne ma imię
Skryte płacze
Zapomnianej życzliwości
Skomlę barwami
Nie marniej nam źródłem
Słodyczy niedokończona
Ucho się ścina
Kwadrat zmienia boki
Lęk pada na kolana
Śpisz?
Obudzić się warto…

schlebiam…

1 komentarz

Każdy boi się oszukańczej pętli zaciskającej serce
Zdzierających ścian tuż po pocałunku
Samotności wedle własnej naiwności
Macania związków bez należnej opłaty
Symfonia sklejająca oczy za błędy przeszłości
Wlekące się dni
Wibratory sumień
Gdzie brak wyczucia i kultury zwija się w rulon
Jak potoczne bzdury wykładają na ambonie
Tak samo nie dogonisz ocierań na wyrost spróchniałych
Dotykiem niezliczone fragmenty ciała
Szał któremu przypominasz o istnieniu
Brak terminu na jakiekolwiek wytłumaczenia
Zamknięte więzienie oczu
Podniesione ramiona nieodpartej rozleniwionej chwili
Czy znajdę owoce na własnej dumie
Czy pomrę dosłownie przygniecion od wymysłów
Poskładanych równymi kantami na głowie
….


  • RSS